• Chcielibyśmy zaprosić absolwentów oraz wszystkich przyjaciół szkoły do czynnego udziału w uroczystościach i imprezach towarzyszących z okazji  obchodów 70 - lecia Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Tarnowskich Górach.które odbędą się 23 października 2015 r. Więcej informacji pod nr tel. 32 285 38 61 lub na stronie zsghtg.pl w zakładce 70 - lecie

  • Cechy człowieka, pożądane w pracy hotelarza pięknie ilustrują słowa Janusza Korczaka: ,,Być człowiekiem znaczy posiadać kryształową moralność, nieograniczoną tolerancyjność, do pasji posuniętą pracowitość, dążyć do ciągłego uzupełniania swego wykształcenia, pomagać innym’’. W hotelarstwie dominuje relacja człowiek - człowiek i najważniejszym podmiotem jest Gość.  Hotelarstwo jest wyjątkową branżą z pięknymi tradycjami, w której staramy się tworzyć dla Gości ,,dom poza domem’’, poznajemy nowych ludzi, ciągle coś się dzieje. Zapraszamy na kierunek TECHNIK HOTELARSTWA

    więcej...

  • Lubisz podróże, często planujesz wakacje, chciałbyś w przyszłości prowadzić własne biuro podróży - kształć się u nas wybierając kierunek TECHNIK OBSŁUGI TURYSTYCZNEJ

    więcej...

  • Interesujesz się gastronomią, Wybierz jeden z kierunków: TECHNIK ŻYWIENIA I USŁUG GASTRONOMICZNYCH, KELNER

    więcej...

  • Interesujesz się produkcją żywności doskonal się wybierając jeden z kierunków: KUCHARZ, PIEKARZ, CUKIERNIK, WĘDLINIARZ,

    więcej...

Z pobytu w Belgii - grupa 2

PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Administrator    piątek, 04 marca 2011 09:21

Kierunek Belgia

 

Niedziela 7 marca 2010 roku była szczególnym dniem dla 20 uczniów oraz 2 nauczycieli Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Tarnowskich Górach. Tego dnia cała 22 osobowa grupa miała rozpocząć przygodę swojego szkolnego życia, udając się do Belgii. Przez przygodę rozumiemy tutaj oczywiście pracę oraz wycieczki po Belgii... O godzinie 8 rano praktycznie wszyscy byli już pod naszą Almą Mater, skąd żegnani przez p. dyrektor Katarzynę Adach, koordynatora programu Leonardo da Vinci, Bożenę Krztoń, oraz najbliższych, busami udaliśmy się na lotnisko w Krakowie. Podróż na lotnisko upłynęła wszystkim przyjemnie i szybko... choć jak się okazało trochę za szybko gdyż na lotnisku mieliśmy spędzić najbliższe 3 godziny w oczekiwaniu na samolot. Na nasze szczęście wszyscy byli uzbrojeni w spore pokłady cierpliwości, więc nikt specjalnie nie narzekał. O godzinie 13.15 maszyna brukselskich linii lotniczych wzbiła się w powietrze... zapierając dech w piersiach co niektórych pasażerów nie przyzwyczajonych do szybkości a co ważniejsze nabieranej w szybkim tempie wysokości. Przez najbliższe półtorej godziny mieliśmy okazję podziwiać ziemię ze znacznej wysokości, błądzić w chmurach oraz walczyć w duchu z turbulencjami, które co jakiś czas uderzały w nasz samolot... niektórzy ciężko to przeżyli... jednak wkrótce okazało się że turbulencje to małe piwo w przeciwieństwie do praktycznie skokowego podchodzenia do lądowania... zachowanie równowagi i spokoju było dla niektórych ogromnym wyzwaniem... ale krzyku nie wydał z siebie nikt...

Dokładnie o godzinie 14.45 samolot dotknął belgijskiej ziemi, a my dokonaliśmy tego 5 minut później. Jak się wkrótce okazało lotnisko w Brukseli jest ogromne (przy takim krakowskim) o czym przekonaliśmy się wchodząc do środka i idąc wg znaków ponad 10 minut nim dotarliśmy do naszych bagaży... 5 minut później już rozmawialiśmy z koordynatorem ze strony belgijskiej p. Wimem Geuvensem, który poinformował nas że na dzień dobry w Belgii będziemy mogli potrenować naszą cierpliwość czekając ponad godzinę na pociąg do Leuven :)

W przysłowiowym międzyczasie uczniowie pozwiedzali trochę lotnisko, a nauczyciele zamienili kilka słów z Wimem przy kawie.

Na pociąg zjechaliśmy do poziomu -1 na lotnisku i tu czekała na jedną z uczennic pierwsza przygoda. Na dworcach w Belgii można bardzo często spotkać policjantów i gdy jedna z uczennic robiła zdjęcie dworca jeden z policjantów podszedł i zapytał czy zrobiła mu zdjęcie... przerażenia uczennicy nie da się opisać... za to poczucie humoru policjanta już tak, bo najpierw podchodził z uśmiechem by w ostatniej chwili przybrać groźną minę a potem znowu się uśmiechać... co nie zmienia faktu, że wszyscy uznali, że lepiej nie robić zdjęć nieznajomym, gdyż nie każdy musi być obdarzony tak dobrym poczuciem humoru.

Nie usiedliśmy dobrze w pociągu w zarezerwowanym dla nas wagonie, a już wysiadaliśmy na dworcu w Leuven... i choć miasto do wielkich nie należy to jak powiedział nam Wim, dworzec jest wielki ze względu na liczbę studentów. Z dworca taksówkami dojechaliśmy do naszych kwater i około 18 byliśmy już w pokojach... rozlokowanych jak się okazało po całym "ośrodku" (ciężko określić co to za miejsce)

Naszemu zmęczeniu pokazaliśmy, że musi się zdecydowanie bardziej postarać i o 19 uderzyliśmy na małą wycieczkę planowo do centrum... plany planami... poszliśmy w przeciwnym kierunku zwiedzając tereny Leuven wcześniej nikomu nieznane... odnaleźliśmy kilka ważnych sklepów, przeszliśmy przez miły park i udaliśmy się jeszcze do centrum... tym razem już planowo dotarliśmy do Almy 1 by zobaczyć gdzie będzie pracowała 2 uczniów... w drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu i szybko udaliśmy się spać bo dnia następnego czekało nas sporo atrakcji o czym wkrótce napiszemy...

Wyprawa do Almy


Naszego pierwszego pełnego dnia w Belgii o godzinie 8.30 zjawił się po nas Wim Guevens i autobusem należącym do szkoły PISO zabrał nas do kuchni centralnej zakładu gastronomicznego Alma. Tam czekał już na nas Główny Menadżer do spraw personelu, Manuel van de Winckel, którego mieliśmy okazję gościć wcześniej w Polsce. Po poczęstunku i krótkim wykładzie ruszyliśmy na wycieczkę po kuchni centralnej. Mieliśmy okazje zobaczyć wielki magazyn, w którym znajdują się wszelkie produkty od jedzenia po sztućce, porozmawiać chwilę z Czechem tam pracującym, który sam zagadnął nas po polsku. Następnie ubrani w odpowiednie stroje (co widać na zdjęciach) zwiedzaliśmy różne kuchnie gdzie przygotowuje się jedzenie wędrujące później do jednej z licznych restauracji należących do Alma lub w formie cateringu bezpośrednio do klientów. W telegraficznym skrócie: wszyscy byli pod wrażeniem kuchni centralnej Almy.

Następnie zabrano nas do jednego ze Snack barów należących do Almy i wreszcie do restauracji Alma 3, gdzie mogliśmy obejrzeć tamtejszą kuchnię, a następnie zjeść bardzo konkretny posiłek. Jak widać na zdjęciu za posiłek płacimy specjalnymi kuponami. Do wyboru jest ok. 8 dań w tym dania wegetariańskie.

Następnie, pożegnaliśmy się z Manuelem i udaliśmy się do centrum Leuven. Tam nastąpił podział naszej 22 osobowej grupy na dwie mniejsze. Grupa I (zwana dalej grupą Leuven) w sile 11 uczniów pod dowództwem p. Justyny Ladry ze wsparciem Wima Guevensa udała się na małą wycieczkę po Leuven, by przedstawić uczniów ich pracodawcom i w skrócie pokazać im ich zakłady pracy. Grupa II (zwana dalej grupą Tienen) w sile 9 osób pod dowództwem autora tego tekstu została zawieziona autobusem do szkoły PISO w Tienen. tam poznaliśmy p. Els Crabbe ̀, która oprowadziła nas po szkole w PISO a dokładniej po części, w której nasi uczniowie będą odbywali staże. Tak kuchnia jak i sala konsumpcyjna prezentowały się rewelacyjnie co dało się wyczytać z twarzy uczniów, a co można zobaczyć (kuchnie i sale konsumpcyjną, a nie twarze) na zdjęciach w galerii. Następnie .... Els zabrała nas na spacer po Tienen (cudownym 30 tysięcznym miasteczku...) by pokazać pozostałe 3 zakłady pracy, dwie urokliwe restauracje: De Refugie oraz Gambrinus oraz hotel Alpha, gdzie również w kuchni będzie pracowała jedna z uczestniczek stażu. Niestety w zakładach spędziliśmy tylko chwilę, gdyż w każdym znajdowali się klienci a nasz savoir-vivre nie pozwalał nam na narzucanie się właścicielom i przeszkadzanie im w pracy.

Dotarliśmy do dworca i po raz pierwszy mieliśmy okazję sami bez żadnej pomocy pojechać sobie pociągiem do Leuven i wypełnić bilety... gdyż bilety jakie mają w Belgii różnią się znacząco od naszych. już w pociągu grupa Tienen planowała małą wycieczkę na zakupy późnym popołudniem. W Leuven przy dworcu spotkaliśmy grupę Leuven i wspólnie wróciliśmy na kwatery. Następnie cześć uczniów wybrała się na zakupy by uzupełnić zapasy żywności i przypadkiem nie paść z głodu.
Po zakupach wszyscy 4 panowie, którzy znaleźli się w Belgii, uczcili Dzień Kobiet, składając naszym drogim paniom życzenia i wręczając symboliczne prezenty ( to te lizaki, które widać na zdjęciu). Cała krótka ceremonia życzeniowo-prezentowa odbyła się w centrum dowodzenia, czyli  pokoju 111 zamieszkiwanym przez autora tekstu… (pokój spory skoro można w nim było zrobić zdjęcie całej grupy)…
Później czekała nas wszystkich jeszcze wieczorna odprawa (ustalenie taktyki, itp.) a uczniów wypisywanie dzienniczków. Następnie wszyscy udali się do swoich pokojów by przygotować sie mentalnie na mający nastąpić nazajutrz pierwszy dzień w nowej pracy... no prawie wszyscy przygotowywali się w swoich pokojach, bo jak widać na jednym ze zdjęć, nachodzenie opiekuna w pokoju może się skończyć niespodziewanym błyskiem fleszu...

TO JEST TEN DZIEŃ


Nim zacznę tekst właściwy, takie małe wyjaśnienie poślizgu powstawania tekstów& początkowo były to braki Internetu i próby jego załapania, następnie nadrabianie poprzednich zaległości, do czego doszły praca, wycieczki i dzielenie się laptopem z uczniami, bo i oni muszą mieć prawo kontaktu z rodzinami/przyjaciółmi/znajomymi/drugimi połówkami (niepotrzebne skreślić). A teraz już tekst właściwy
Wtorek, 2 dzień tygodnia, 84 godziny do weekendu (liczone od godziny 6:00 we wtorek do 18:00 w piątek), pierwszy dzień w nowej pracy... koniec zmiłuj się dla naszych stażystów.
Godzina 6:20 - pierwsza dwójka uczniów razem z p. Ladrą inauguruje 3 tygodnie pracy w Belgii udając się na przystanek, by autobusem dotrzeć do swojego miejsca pracy... Po "oficjalnej" inauguracji (kwiaty, uściski, orkiestra, przemówienia) reszta uczniów w parach bądź grupach udała się do swoich zakładów.
O godzinie 7:20 Grupa Tienen została odprowadzona na dworzec przez niżej podpisanego (tzn. 7/9 grupy ), żeby choć ten jeden raz zobaczyć jak tam rano pociągi przybywają (o dziwo też się spóźniają. Największe zdziwienie dopadło nas gdy zobaczyliśmy skąd przyjechał pociąg, wszyscy byli święcie przekonani, że przyjedzie z lewej strony a przyjechał z prawej co znaczyłoby, że jedzie w przeciwnym kierunu, ale jak się okazało to dzień wcześniej się trochę zakręciliśmy i było to tylko złudzenie. Szczęśliwcy zaczynali pracę o 10 (lub pechowcy, bo niektórzy kończyli pracę o 18) mogąc spokojnie pospać przed czekającymi ich zadaniami.
W czasie, gdy uczniowie ciężko pracowali nauczyciele wybrali się na miasto, by mieć pojęcie gdzie znajdują się jakie sklepy, w których będzie można zrobić zakupy, do tego musieliśmy sobie podładować nasze belgijskie numery telefonów jakże potrzebne przy okazji tego wyjazdu. Wszystko załatwiliśmy sprawnie i w po 2 godzinach byliśmy z powrotem na kwaterach i oczekiwaliśmy uczniów i ich komentarzy po pierwszym dniu.
Niżej podpisany nadal walczył o uruchomienie Internetu, gdyż Windows 7 okazał się być strasznie kapryśnym i nie lubiącym zmian systemem, który jak już się na jedno uparł to nie miał zamiaru odpuszczać.
Gdy zawitali pierwsi uczniowie dało się od razu zauważyć, że są zmęczeni. Praca to nie lekcje, kiedy się siedzi w ławce i słucha nauczyciela, a już 8 godzin pracy okazało się być małym szokiem po weekendzie i dniu zwiedzania Almy. Jednakże wszyscy byli zadowoleni z warunków pracy, samej pracy, swoich kolegów w pracy i ogólnie wszystkiego, no nie licząc pechowców z Novotela, którzy trafili prosto w wir jakieś większej konferencji. Musiały się dziewczyny wykazać formą już pierwszego dnia, zresztą niektórym z nich zmęczenie rekompensował widok Dr House'a w pracy (nie da się ukryć, że szef kuchni w Novotelu bardzo przypomina telewizyjnego bohatera) szkoda tylko, że ten Novotelowski dr House nie mówi praktycznie w ogóle po angielsku, za to potrafi się już witać i żegnać po polsku co jest zasługą naszych dziewczyn.
Po pracy, uczniowie po raz kolejny zasiedli do wypisywania dzienniczków, a wieczorem o 19 większość z nas ruszyła na obiad, a właściwie obiadokolację do Almy. Większość z nas pamiętając doświadczenia dnia poprzedniego unikała zamawiania wołowiny niczym ognia (Belgowie preferują niedosmażone mięso, co jest ciężkie do przeżycia dla niektórych)
Po obiadokolacji część osób jeszcze walczyła z dzienniczkami, a reszta zajęła się sobą. Choć spora liczba osób postanowiła spędzić czas na rozmowie z niżej podpisanym, dzieląc się swoimi wrażeniami z zakładu pracy, łatwości bądź trudności dogadywania się i wszelkich innych spraw życiowych, jest się w końcu po części psychologiem.
Dzisiaj było troszkę poważniej, ale nie zawsze da się pisać zabawnie, szczególnie, gdy jest to tak ważny dla uczniów dzień.

Tydzień pracy... czyli jak to tak z lekka wygląda...

Praca jaka jest to chyba każdy wie... wstaje się rano ledwo żywym zastanawiając się co to mnie dzisiaj za przygody czekają... no ewentualnie odlicza się już od poniedziałku czas do weekendu... czyli prawie jak w szkole...
Jak już pisałem poprzednio różne zakłady w których pracują nasi uczniowie różnie zaczynają i kończą dniówki... znajdzie się więc i coś dla tych co lubią wstawać skoro świt pójść do pracy i wcześniej wrócić, i dla tych, którzy wolą dłużej spać i do późniejszej godziny pracować... dniówka nie zawsze wynosi 8 godzin, wszystko zależy od ilości klientów, tego co jest do zrobienia i oczywiście dobrej woli szefa
Tak więc uczniowie tak wychodzą jak i wracają o najróżniejszych porach dnia... wracają mniej lub bardziej zmęczeni i uzupełniają swoje dzienniczki praktyk (znowu prawie jak w szkole  ). Im szybciej się z dzienniczkami uporają tym więcej czasu na relaks i odpoczynek dla nich... a ten spędzany jest przeróżnie z tego co zdążyłem zauważyć... a to laptop i kontakt ze światem przez Internet, a to siedzenie w grupkach w pokoju i rozmawianie, a to oglądanie telewizji (programy muzyczne są zawsze uniwersalne  ), a to zakupy, a to odwiedzanie nauczycieli  o tym by już każdy musiał sam napisać bo uczniowie wiedzą najlepiej jak spędzają swój wolny czas
Po drodze część uczniów zahacza jeszcze zawszę o stołówkę w Almie 1 by zjeść obiad lub jak to przeważnie bywa obiadokolację... i każdy pamięta o tym by wystrzegać się wołowiny&...
Zapewne niektórzy zastanawiają się co w tym czasie robią nauczyciele... jak to im dobrze, że są sobie na wakacjach w czasie roku szkolnego... cóż nie do końca tak to jest... owszem plusów tego wyjazdu jest cała masa... praca z małą grupą, brak 45 minutowych lekcji, przedpołudnia wolne, brak sprawdzianów do ułożenia i sprawdzenia  itd. itp. Jednakże i tutaj jest sporo pracy, np. pomoc w uzupełnianiu dzienniczków, mimo wszystko pilnowanie by nic się nie stało, wszelka możliwa pomoc o każdej porze dnia i nocy  trochę tego jednak jest... do tego jeszcze pisanie raportów i sprawozdań, wycieczkowanie i tym czujniejsze zwracanie uwagi na uczniów by się nie potracili... czasem trzeba mieć oczy dookoła głowy...
Na szczęście znajduje się i czas na przyjemności... przeczytanie książki, czy udanie się na małą wycieczkę po Leuven niżej podpisanego (zdjęcia będzie można zobaczyć w galerii), co tu dużo mówić... nie pokaże Ci przewodnik wszystkiego, a sporo można odkryć samemu… każdy ma inny azyl w którym się odnajduje
Tak to właśnie wyglądał pierwszy tydzień pracy, służący głównie przystosowaniu się do nowego miejsca pracy i nowych ludzi... wyczerpujący nie tyle fizycznie co mentalnie  ale w końcu mięczaków nie zabieraliśmy do Belgii i wszyscy świetnie dają sobie radę
Jeśli myślicie, że jest tu nudno to jesteście w błędzie  uczniowie świetnie potrafią sobie zorganizować czas a i nauczyciele na nudę nie narzekają  każdy znajduje tutaj coś dla siebie  a przede wszystkim poznaje nowych ludzi, których wcześniej w szkole mógł w ogóle nie widzieć (przyznaję z ręką na sercu, że sam tak mam  ). Poza tym są jeszcze weekendy i wycieczki... ale o tym wkrótce  bo trochę się na tych wycieczkach działo...

Bruksela... part 1...

Po tygodniu pracy w weekend mieliśmy zaplanowany aktywny wypoczynek, czyli wycieczki... Pierwszym naszym wypadem miała być stolica Belgii, czyli Bruksela... wszyscy byli ciekawi tego jak wygląda stolica kraju w którym dane jest nam spędzać 3 tygodnie... a dwie osoby były tak ciekawe, że zaliczyły falstart i sobie przysnęły... na szczęście dzięki w miarę szybkiej reakcji prowadzących i jeszcze szybszej reakcji tych które zaspały spokojnie zdążyliśmy na pociąg...
Jazda do Brukseli zajęła nam niecałe 25 minut i wysiedliśmy na dworcu centralnym... tu zaczęła się pierwsza przygoda pod tytułem "kierownik wycieczki (w domyśle niżej podpisany) szuka przewodnika." Ale jak sie ma w głowie GPS, kompas i parę innych bajerów (jak np. szukanie bordowego płaszcza i czapki przewodniczki) to źle być nie może... i nie było... bo zajęło to około minuty :)
Przewodniczka nie traciła ani chwili i od razu ruszyliśmy do brukselskiego metra, które miało nas zawieźć do pierwszego punktu naszej wycieczki... Atomium... (notka dla fanów piłki nożnej... zaraz obok Atomium stoi słynny stadion Haysel, zresztą stacja też się tak nazywa).
Jak każdy wie, bądź nie Atomium w kształcie przypomina powiększony atom żelaza i po krótkim około 15 minutowym wstępie kupiliśmy bilety i wjechaliśmy na górę, z której to roztaczał się wspaniały widok... zdjęć zrobili wszyscy masę (fani piłki nożnej szczególnie uwzięli się na Haysel :P ) i trzeba było zjeżdżać... próba zdobycia restauracji zakończyła się klęską, gdyż takowa była zamknięta ;)
Ale to nie był koniec zabawy w Atomium... jako że komór/kuli/pokojów/czy jak to tam nazwać jest 9 to do jeszcze kilku można się było dostać, z której to okazji skorzystaliśmy... w sumie jazda ruchomymi schodami w tunelach pomiędzy komorami/kulami/itp. to dopiero była atrakcja... uczucie jest takie jakby się jechało pionowo do góry :) W kulach vel komorach naoglądaliśmy się różnych sprzętów i zdjęć, największy "entuzjazm" dziewczyn wzbudził wystawa pod tytułem "o czym powinna myśleć kobieta" (tzn. tak to sobie my faceci tłumaczymy... nie będę cytował kim jest facet wg pewnej piosenki :P) Za to cytując innego klasyka, burę od trenera zebrał Mateusz (patrz zdjęcie :P )
Z Atomium udaliśmy się, tym razem tramwajem (patrz zdjęcie), pochodzić po przedmieściach Brukseli, trafiliśmy przed Polską ambasadę, a następnie przed olbrzymią bramę przypominająca tę berlińską i muzeum wojska... tam dopadł nas deszcz... bo o wietrze nie ma co wspominać... wiał od samego początku do samego końca... i jakby mógł to by nam głowy pourywał... ale jak się przeżyło halny to się i takie cos przeżyje (koniec górskiej dygresji :P )
W ogromnym muzeum wojska spędziliśmy okrągłe 20 minut... niestety nie było go w planach... a szkoda, bo fajnie byłoby zobaczyć łodzie podwodne i czołgi... które podobno tam są :> niestety nikt nie miał okazji by to sprawdzić... kilka fotek, w tym jedna, robiona z niezapomnianym "Nasi tu byli" na ustach, tablicy wspominającej naszych żołnierzy...
Następnym punktem programu było oglądanie wszystkiego co jest związane z Unia Europejską. Budynków, rzeźb ojców idei europejskiej, itd. itp. co tu dużo mówić... niestety w weekend jest wszystko pozamykane a przecież forsować tylu zabezpieczeń nie będziemy :)
Potem było 45 minut by się posilić... i tu taka notka... strefa niskich cen w McDonaldzie w Belgii nie istnieje... właściwie to jeśli chodzi o hamburgery i ogólnie fast foody to tam w ogóle nie istnieją niskie ceny :P
Potem jeszcze tylko zobaczyliśmy kilka kolejnych budynków... ładną panoramę i przypadkiem trafiliśmy do muzeum o Brukseli, które to było największym szałem tego dnia... w pełni multimedialne, masa pokojów z przeróżnymi bajerami... właściwie to w tym jednym muzeum można by spędzić z 2-3 godziny spokojnie... niestety nie mieliśmy już tyle czasu ale ok. 45 minut i tak tam byliśmy :) i się przy okazji windą powoziliśmy :P nie ma to jak przerażenie wynikające z tego, że winda nie chce jechać i trzeba sporo czasu poczekać by ruszyć :P mina strażnika - bezcenna :)
Po 7 godzinach ganiania po Brukseli, wsiedliśmy w pociąg powrotny i udaliśmy sie do Leuven, by najzwyczajniej w świecie odpocząć... oj tydzień pracy, 7 godzin na nogach w wietrze i czasem deszczu jednak dały wszystkim trochę w kość... ale nie na tyle by ktoś od razu miał iść spać :) Rozmowy z uczniami toczyły sie gdzieś do północy, bo było co opowiadać po całym tygodniu :)

O Tienen... O Leuven... i o naśladowcy Małysza...

Po sobotnim gonieniu się po Brukseli, w niedzielę czekało nas zwiedzanie miejsc, w których uczniowie pracują, czyli Tienen i Leuven... przynajmniej nie musieliśmy daleko jechać, 10 minut w jedną stronę to naprawdę niewiele... a że popołudniem była wycieczka w Leuven to jak się miało później okazać było dosyć ważne... ale po kolei...
Znowu rano budziki powyrywały wszystkich ze snu (ale tym razem naprawdę wszystkich :P szkoda było tylko braku pewnego powitania z dnia wcześniej...) i już po 9 siedzieliśmy w pociągu do Tienen... po 10 minutach na miejscu i tam czekaliśmy sobie na dworcu, bo w Muzeum Cukru mieliśmy się pojawić dopiero o godzinie 10... a i tak byliśmy za wcześnie... na szczęście szybko pojawił się niezastąpiony i nieoceniony przez cały czas naszego pobytu tutaj, Wim Geuvens... który miał nam towarzyszyć w wycieczce po Tienen...
Punkt 10 zjawił sie przewodnik i ruszyliśmy przed siebie by podziwiać malutkie miasteczko Tienen... obejrzeliśmy i usłyszeliśmy sporo ciekawych rzeczy o kościołach (wykończenia kościoła stojącego na rynku to po prostu bajka...), co starszych budynkach i kilku rzeźbach... wszystko to było przeprowadzone sprawnie i bez zbędnego gadania :) co bardzo się wszystkim spodobało... o 11.30 byliśmy już z powrotem w Muzeum Cukru, gdzie uzbrojeni w słuchawki i anteny odbierające sygnał chodziliśmy po muzeum słuchając wyłapywanych dźwięków i tekstów, strzelając wszędzie fotki :)
Na koniec naszego pobytu w Muzeum przygotowano dla nas wyśmienity lunch, żebyśmy przypadkiem w Leuven z głodu nie padli :) kanapek było aż w nadmiarze :) więc nikt nie narzekał :)
Syci i wypoczęci ruszyliśmy w drogę powrotną do Leuven gdzie przy Novotelu, a więc miejscu pracy 4 osób czekaliśmy na kolejną osobę, która miała nas zabrać na wycieczkę na rowerach po mieście...
tak... taki był plan... to był nawet dobry plan... właściwie... byłby to nawet świetny plan... gdyby nie kilka szczegółów... po pierwsze nie sprzyjała nam pogoda bo przez większość czasu padał deszcz... ale na to się wpływu nie ma, więc mówi się trudno i żyje się dalej... największym szczegółem były "rowery," cóż brak siodełka i pedałów zaskoczył każdego kto choć raz w życiu widział rower, a tych jest w Leuven wszędzie pod dostatkiem... Oto przed nami znajdowało się stado żółtych hulajnóg, na których mieliśmy pomykać po mieście :) i pomykaliśmy, ba nawet bardzo sprawnie... choć każdy w duchu myślał, że fajnie byłoby mieć jakieś wycieraczki by sobie radzić z padającym deszczem :) Hulajnogi, które dostaliśmy,  miały to do siebie że nie dało sie nimi skręcić trzymając kierownicę jedną ręką :) w ogóle lepiej było nie puszczać kierownicy, bo jak widać na zdjęciach zwykłe hulajnogi to to nie były... (to chyba jedyny taki mariaż bicykla z hulajnogą... mariaż średnio udany :P )
I tak oto gang żółtych łodzi podwodnych (taka tam sobie wariacja Beatlesowska) pomykał po całym Leuven od punktu kontrolnego do punktu kontrolnego...(czasu nie mierzono :P) tempo naszego przewodnika, którym okazał się być starszawy jegomość, było naprawdę niezłe. Przewodnik zresztą okazał sie równie dobry jak ten w Tienen, mówił konkretnie i na temat bez przynudzania :) Znowu obejrzeliśmy kilka kościołów, Begijnhof (coś dla feministek :) ) no i przede wszystkim... ratusz... najpiękniejszy w Europie ratusz... ale nim dotarliśmy do ratusza... jedna z osób przeżywała swoją osobistą sportową przygodę...
Jechaliśmy sobie spokojnie do ratusza kiedy to osoba wspominana powyżej wystrzeliła nagle jak z procy (czytaj z hulajnogi) i zaliczyła twarde lądowanie na ziemi. jadący z przodu mieli pecha, a jadący z tyłu mieli co podziwiać :> W każdym bądź razie Adam Małysz nie byłby dumny, bo noty za styl w zgodnej ocenie ekspertów kształtowały się na poziomie 6-7 punktów (wyjście z progu i lot super ale lądowanie zdecydowanie nie te... no i odległość tez nie najlepsza... :P ) Szkoda że to nie było łyżwiarstwo figurowe bo za wrażenia artystyczne byłaby najwyższa nota :)
Wracając jednak do ratusza po tej drobnej sportowej dygresji... wygląda on po prostu świetnie, tak z zewnątrz jak i w środku. Przeszliśmy po co ważniejszych pokojach podziwiając meble, stoły i co jeszcze sie komu w oczy rzuciło, gdy przewodnik zaproponował by zamiast jechać w deszczu na dworzec... wejść sobie na strych i pooglądać część oryginalnych rzeźb które znajdowały się na zewnątrz na ścianach ratusza (obecnie są to repliki) cóż grupa nie potrafiła się zdecydować więc szefu (w domyśle autor tekstu) podjął jedyną słuszną męską decyzje i zasuwaliśmy po wąskich schodkach do góry by to wszystko zobaczyć :) jak zwykle część uznała że po co... ale sporo osób stwierdziło że było warto :) nikt mnie w każdym bądź razie ze schodów nie zepchnął (w sumie fakt że szedłem ostatni mógł mieć z tym coś do czynienia :P )
Potem już tylko jadąc w ulewie dowieźliśmy nasze śmigające maszyny do ich bazy i wróciliśmy zmęczeni i przemoczeni do domu, z nadzieją, że się nikt nie pochoruje (niestety nadzieje się nie spełniły :/ )
No a wieczorem jak to wieczorem... większość zażyła od razu prewencyjnie leki i udała sie spać a inni siedzieli sobie i dyskutowali na każdy możliwy temat :) i tak nam upłynął poranek dzień i wieczór... dzień 8 :)

Sweet Art

Poniedziałek, czyli najgorszy możliwy dzień tygodnia... dopiero co skończył się weekend a tu człowiek już myśli o następnym... a 5 dni to jednak kawał czasu...
Po weekendowych wycieczkach uczniowie troszkę zmęczeni wrócili do pracy, pracy, w której nic się nie zmieniło... te same zakłady Ci sami ludzi... ale jednak już przyjemniej, gdy zna sie swoich szefów i współpracowników, wie człowiek czego się spodziewać, no i co najważniejsze mija stres związany z pracą w nowym otoczeniu, a przede wszystkim innym mieście i kraju...
Ale nasi uczniowie byli na to przygotowani, więc obyło się bez jakichś większych problemów... bo te małe problemiki to są zawsze, ale takowe załatwia sie samemu i bez rozdmuchiwania sprawy... przynajmniej idealista autor tak to sobie wyobraża :P
W każdym bądź razie, po tym przydługawym i niepotrzebnym wstępie, pora wrócić do tematu, czyli poniedziałku :) Bo w ten najgorszy z możliwych dni dla każdego pracującego człowieka mieliśmy sobie osłodzić życie...
Osłodzić w szczególnym miejscu... w cukierni "Sweet Art" w Tienen. Dotarliśmy tam na godzinę 19 i prawie całą grupą udaliśmy się we wcześniej wskazane nam miejsce... tylko jedna osoba dotarła jakieś 2-3 minuty później, bo akurat tak wychodziła z pracy, a że miała do cukierni 3-4 minuty pieszo to nie było z tym żadnych problemów. W "Sweet Art" czekała już na nas Els, a wraz z nią światowej sławy cukiernik, Dominique Vandermeulen. Jak się wkrótce miało okazać... jest to nie tylko wyśmienity cukiernik, ale i znakomity showman.
Dominique zaplanował nam na wieczór udział w tworzeniu rzeźby z cukru... po krótkim wstępie na temat cukru i słodzika oraz kilku innych używanych substancji (sam Dominique już zawczasu przygotował z Internetu informacje o jednej z tych substancji po polsku, no i zaprezentował to na luzie...) oraz sposobie rozgrzewania cukru by można go było formować... zaczęła się prezentacja...
Jak na mistrza w swoim fachu przystało, Dominique, wszystko robił sprawnie i z humorem... mówił między innymi o tym, że używa tylko i wyłącznie profesjonalnego sprzętu (między innymi dłutka, nożyczek itp. :P ), oraz że przebojem cukierników jest piosenka Micheal'a Jackson'a "Heat it."
Przy okazji powstawania kolejnych elementów rzeźby, Dominique, prosił i nas o pomoc, bo to w końcu miała być i nasza rzeźba :) Uczniowie mieli okazję robić listki, liście i inne ornamenty z cukru oraz pomagali przy doklejaniu owych elementów do rzeźby... po drodze jeszcze wpadła prasa by pstryknąć kilka zdjęć z naszej wizyty i po ok. 2 godzinach nasza rzeźba była już gotowa... ale to jeszcze nie był koniec...
Dominique, poza przygotowaniem z nami rzeźby, poczęstował nas wszystkich przygotowanymi przez siebie lodami... co tu dużo mówić... tak dobre lody to jest czasem bardzo trudno dostać, a tak słodkiego poniedziałku to chyba jeszcze nikt nie przeżył...
Na koniec jeszcze Dominique zrobił kilku dziewczynom bransoletki z cukru, zrobiliśmy wspólna fotografię, podziękowaliśmy za ten wspaniały pokaz i pożegnaliśmy się z tym niesamowitym człowiekiem...
Może i poniedziałek zaczął się kiepsko (te wszystkie godziny pracy jakie zostały), ale przynajmniej skończył się smakowicie... a jak smakowicie było... widać na zdjęciach w galerii... :)

Leuven wieczorową porą...

W czasie moich wojaży po Leuven stwierdziłem, że jest kilka fajnych miejsc, których nie pokazał nam przewodnik i że warto byłoby uczniów tam zabrać...
Jak pomyślał tak zrobił i o godzinie 20, czy ktoś chciał czy nie (dobry przymus nie jest zły :P ), wychodziliśmy wśród krzyków, jęków, darcia włosów, zaklinania mnie na wszystkie świętości i ogólnego niezadowolenia sporej części osób (tych zadowolonych też się kilku znalazło :P) na dwugodzinny wieczorny spacerek po Leuven :) Jednoosobowe biuro turystyczne MC wybrało arcyciekawą trasę (a co trochę reklamy musi być :P ) wąskimi uliczkami do ratusza i kościoła na dużym rynku by je zobaczyć oświetlone wieczorem, następnie drogą przy murach numer dwa, przez małe osiedle i na jedno ze wzniesień przy Leuven by z góry obejrzeć panoramę miasta :) a następnie na pewnym tarasie porobić sobie fotki :) a fotek było sporo tak jak i aparatów :) kilka z nich (zdjęć nie aparatów :P) można obejrzeć w galerii :)
Potem przeszliśmy sobie z tarasu malutkim parkiem w dół... bocznymi uliczkami dotarliśmy do jednego z wielu kościołów w Leuven, potem jeszcze do rzeki by ją sobie zobaczyć w innym miejscu niż wcześniej i znowu na duży rynek :) a z niego już prosto do domu :) i o 21.57 byliśmy na miejscu :)
Podsumowując spacer... po powrocie wszyscy byli padnięci mimo bardzo średniego tempa :) jedni byli źli inni zadowoleni :) W każdym bądź razie przewodnik nadal żyje :) choć uważa cały czas na siebie :P
Michał Caban

Zdjęcia z pobytu dostępne w galerii (klick)

 
Tutaj jesteś:

Kontakt

Zespół Szkół
Gastronomiczno-Hotelarskich

Dyrektor: Tomasz Respondek
Wicedyrektor: Wiesława Paduch

ul. Karola Miarki 17
42-600 Tarnowskie Góry

tel/fax. (032) 285 38 61
e-mail: zsghtg@poczta.onet.pl

NIP: 645-12-20-451
REGON:

mapa - google maps

FILM PROMOCYJNY

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 19 gości